środa, 28 czerwca 2017
"Szczęście czy fart?" - Fernando Trias de Bes, Alex Rovira Celma
"Dwaj przyjaciele spotykają się po latach. Jeden odziedziczył wielką fortunę, ale stracił wszystko. Szczęście mu nie sprzyjało?
Drugi zaczynał od zera i odniósł sukces. Miał fart?
Tak właśnie myśli ten, któremu się nie powiodło. I dlatego ten, któremu się powiodło, opowiada przyjacielowi pewną legendę..."
Krótka przypowieść, historia, ale pełna inspiracji. Dużo aforyzmów i cytatów, które należy zapisać i przeczytać, kiedy będziemy myśleć, że szczęście nas opuściło...
"szczęście zależy tylko od CIEBIE" :)
poniedziałek, 26 czerwca 2017
Baranec 2184m npm
W sobotę wieczór dostałam SMSa od Darii z zapytaniem czy nie chciałabym się przejechać w góry na Słowację. Po sprawdzeniu nazwy szczytu w internecie okazało się, że to są Tatry Zachodnie i będziemy się wspinać na ponad 2tys m npm. Nigdy nie byłam w Tatrach, więc odpisałam, że bardzo chętnie się z nimi wybiorę :) Po wszystkich uzgodnieniach spakowałam plecak i poszłam wcześniej spać, bo czekała mnie pobudka o 4 rano.
Niedziela przywitała nas przyjemną pogodą, nie za ciepło, nie za zimno. W sam raz na wycieczkę w góry :) Po 5 rano wyjechaliśmy w czteroosobowym składzie - Daria, Rafał, Tomek i ja. Tomek był naszym przewodnikiem, bo on najbardziej z nas wszystkich zna Tatry. Po prawie 3 godzinnej jeździe samochodem (były objazdy) dotarliśmy do Žiarskiej Doliny skąd zaczynała się nasza wycieczka.
Ruszyliśmy żółtym szlakiem, który po 3:30h miał nas zaprowadzić na Baranec - cel naszej dzisiejszej wycieczki. Początkowo trasa prowadziła w lesie by stopniowo zmienić się w kamienistą drogę z kosodrzewinami i niesamowitymi widokami dookoła. Podczas całej wspinaczki towarzyszył nam lekki wiaterek, który sprawiał, że to podejście nie było takie męczące. Po 3:30h wspinaczce ujrzeliśmy Baranec w pełnej krasie :) Ze szczytu rozpościerały się niesamowite widoki, które chłonęliśmy jedząc zasłużony posiłek zebrany ze sobą.
Po kontemplacji widoków, posiłku, kilkudziesięciu zdjęciach udaliśmy się w dalszą drogę szlakiem żółtym. Patrząc z góry na naszą dalszą drogę nie było niestety widać tego co ujrzeliśmy przed sobą po kilkunastu krokach. Zobaczyliśmy dość ostre zejście w dół po kamieniach, które nie do końca były stabilne... W tym miejscu byłam lekko przerażona i zastanawiałam się jak ja zejdę na dół. Na szczęście Tomek znalazł z boku szlaku ścieżkę, którą powolutku schodziliśmy ten fragment. Dalej nie było już tak strasznie, choć po jednej i drugiej stronie szlaku były przepaście w dół. To akurat okazało się trochę nieciekawe dla Darii, ale na spokojnie, powolutku dała radę i przeszła ten newralgiczny dla niej moment szlaku. Dalej na Žiarske Sedlo było już spokojniej. Tutaj żółty szlak przeszedł w zielony i zaprowadził nas do Žiarskiej Chaty :) Szlak był przyjemny i cały czas po lewej stronie widzieliśmy Baranec. Pogoda była jak na zamówienie - słoneczko i wiaterek.
W schronisku posililiśmy się - jedni złocistym trunkiem, inni napojami bezalkoholowymi :)
Od schroniska czekał nas jeszcze godzinny marsz na parking do samochodu. Chłopaki chcieli zjechać na hulajnogach, ale my z Darią nie koniecznie, więc panowie musieli iść z nami na piechotę.
Po drodze były rozmowy, śmiechy, sprawdzanie kto się lepiej opalił (spalił?) i potwierdzenie, że z dobrej strony wybraliśmy się na tą wycieczkę. Okazało się jeszcze z Darią pobiłyśmy wysokość zdobytych szczytów - żadna z nas jeszcze nie była tak wysoko!
Ta niedziela była bardzo fantastyczna i nie zapomniana. Spędzona w tak niesamowitym towarzystwie, które podziela moją pasję do chodzenia po górach :) Takich ludzi na swojej drodze spotykam coraz mniej...
Niedziela przywitała nas przyjemną pogodą, nie za ciepło, nie za zimno. W sam raz na wycieczkę w góry :) Po 5 rano wyjechaliśmy w czteroosobowym składzie - Daria, Rafał, Tomek i ja. Tomek był naszym przewodnikiem, bo on najbardziej z nas wszystkich zna Tatry. Po prawie 3 godzinnej jeździe samochodem (były objazdy) dotarliśmy do Žiarskiej Doliny skąd zaczynała się nasza wycieczka.
Ruszyliśmy żółtym szlakiem, który po 3:30h miał nas zaprowadzić na Baranec - cel naszej dzisiejszej wycieczki. Początkowo trasa prowadziła w lesie by stopniowo zmienić się w kamienistą drogę z kosodrzewinami i niesamowitymi widokami dookoła. Podczas całej wspinaczki towarzyszył nam lekki wiaterek, który sprawiał, że to podejście nie było takie męczące. Po 3:30h wspinaczce ujrzeliśmy Baranec w pełnej krasie :) Ze szczytu rozpościerały się niesamowite widoki, które chłonęliśmy jedząc zasłużony posiłek zebrany ze sobą.
Po kontemplacji widoków, posiłku, kilkudziesięciu zdjęciach udaliśmy się w dalszą drogę szlakiem żółtym. Patrząc z góry na naszą dalszą drogę nie było niestety widać tego co ujrzeliśmy przed sobą po kilkunastu krokach. Zobaczyliśmy dość ostre zejście w dół po kamieniach, które nie do końca były stabilne... W tym miejscu byłam lekko przerażona i zastanawiałam się jak ja zejdę na dół. Na szczęście Tomek znalazł z boku szlaku ścieżkę, którą powolutku schodziliśmy ten fragment. Dalej nie było już tak strasznie, choć po jednej i drugiej stronie szlaku były przepaście w dół. To akurat okazało się trochę nieciekawe dla Darii, ale na spokojnie, powolutku dała radę i przeszła ten newralgiczny dla niej moment szlaku. Dalej na Žiarske Sedlo było już spokojniej. Tutaj żółty szlak przeszedł w zielony i zaprowadził nas do Žiarskiej Chaty :) Szlak był przyjemny i cały czas po lewej stronie widzieliśmy Baranec. Pogoda była jak na zamówienie - słoneczko i wiaterek.
W schronisku posililiśmy się - jedni złocistym trunkiem, inni napojami bezalkoholowymi :)
Od schroniska czekał nas jeszcze godzinny marsz na parking do samochodu. Chłopaki chcieli zjechać na hulajnogach, ale my z Darią nie koniecznie, więc panowie musieli iść z nami na piechotę.
Po drodze były rozmowy, śmiechy, sprawdzanie kto się lepiej opalił (spalił?) i potwierdzenie, że z dobrej strony wybraliśmy się na tą wycieczkę. Okazało się jeszcze z Darią pobiłyśmy wysokość zdobytych szczytów - żadna z nas jeszcze nie była tak wysoko!
Ta niedziela była bardzo fantastyczna i nie zapomniana. Spędzona w tak niesamowitym towarzystwie, które podziela moją pasję do chodzenia po górach :) Takich ludzi na swojej drodze spotykam coraz mniej...
niedziela, 18 czerwca 2017
KJS Pawłowice 17.06.2017
Druga runda naszego cyklu amatorskiego zapowiadała się ciekawie i interesująco ze względu na lokalizację i trasy prób specjalnych. Obie próby były rozgrywane na odcinku drogowym.
Byliśmy na nowym terenie (powiat pszczyński), bo na naszym powoli już nie ma, gdzie układać nowych tras dla amatorów, które nie mogą być za szybkie i trudne.
Zawodnicy jak zwykle dopisali, choć pogoda nas nie rozpieszczała i zamiast słoneczka mieliśmy deszcz i silny wiatr, który momentami był ogromny. Do imprezy zgłosiło się 49 załóg, a kjs ukończyło 46. Opinie po imprezie były bardzo pozytywne co bardzo cieszy nas organizatorów i daje nam poczucie, że nie robimy tego tylko po to, żeby się odbyło.
Na tym kjs-ie powróciłam na swoje miejsce, czyli komasacja :) Razem z Angeliką miałyśmy dużo śmiechu i zabawy, bo jakoś trzeba było sobie radzić w ten szaro-bury dzień.
Dziękuję zawodnikom za udział w kjs-ie, wszystkim sędziom, którzy pracowali by wszystko przebiegło bez problemów, dyrektorowi za fantastyczną trasę i organizację.
Kolejna runda cyklu 13 sierpnia.
Byliśmy na nowym terenie (powiat pszczyński), bo na naszym powoli już nie ma, gdzie układać nowych tras dla amatorów, które nie mogą być za szybkie i trudne.
Zawodnicy jak zwykle dopisali, choć pogoda nas nie rozpieszczała i zamiast słoneczka mieliśmy deszcz i silny wiatr, który momentami był ogromny. Do imprezy zgłosiło się 49 załóg, a kjs ukończyło 46. Opinie po imprezie były bardzo pozytywne co bardzo cieszy nas organizatorów i daje nam poczucie, że nie robimy tego tylko po to, żeby się odbyło.
Na tym kjs-ie powróciłam na swoje miejsce, czyli komasacja :) Razem z Angeliką miałyśmy dużo śmiechu i zabawy, bo jakoś trzeba było sobie radzić w ten szaro-bury dzień.
Dziękuję zawodnikom za udział w kjs-ie, wszystkim sędziom, którzy pracowali by wszystko przebiegło bez problemów, dyrektorowi za fantastyczną trasę i organizację.
Kolejna runda cyklu 13 sierpnia.
piątek, 16 czerwca 2017
Auta 3
Boże Ciało to taki dzień, że albo jest ładnie i słonecznie
albo jest pochmurno i pada. W tym roku było akurat słonecznie J Rano wybrałam się do
kościoła, a po południu do kina na „Auta 3”. Dwie poprzednie części oglądałam w
kinie także i tą nie mogłam przegapić…
W tej części dowiadujemy się, że Zygzak McQueen ma godnego
siebie rywala Jacksona Storma, który jest nowocześniejszy i szybszy od niego. Na
torze również widzimy, że starzy mistrzowie są zastępowani nowymi, młodymi i
szybszymi talentami. Zygzak po nieudanym wyścigu, w którym odniósł wypadek
postanawia się wycofać. Po pewnym czasie postanawia powrócić na tor i udowodnić
wszystkim, że jest jeszcze coś warty i wie jak się ścigać. W tym powrocie pomaga mu trenerka z ośrodka, która (jak się później okazało) kiedyś marzyła o karierze wyścigowca, ale jej nie wyszło. Ich początki współpracy nie są łatwe i przyjemne, ale z czasem znajdują wspólny język, co doprowadza do śmiesznych zdarzeń.
Zygzak na powrót na tor czeka z niecierpliwością by udowodnić młodym, że jeszcze wie jak się ścigać. W trakcie mistrzostw spotyka byłych mistrzów i kolegów Hudsona Horneta i dowiaduje się jak to kiedyś było i że na każdego przychodzi pora...
To spotkanie wpływa na postawę McQueen'a i zmienia wszystko. A co dokładnie to dowiecie z filmu :)
Jestem zachwycona tą częścią. Jak zawsze kapitalne dialogi, muzyka i rywalizacja.
Z kina wyszłam usatysfakcjonowana, ale i też z pewnym przesłaniem...
Zygzak na powrót na tor czeka z niecierpliwością by udowodnić młodym, że jeszcze wie jak się ścigać. W trakcie mistrzostw spotyka byłych mistrzów i kolegów Hudsona Horneta i dowiaduje się jak to kiedyś było i że na każdego przychodzi pora...
To spotkanie wpływa na postawę McQueen'a i zmienia wszystko. A co dokładnie to dowiecie z filmu :)
Jestem zachwycona tą częścią. Jak zawsze kapitalne dialogi, muzyka i rywalizacja.
Z kina wyszłam usatysfakcjonowana, ale i też z pewnym przesłaniem...
czwartek, 15 czerwca 2017
IRA
Wczoraj odbył się VI Koncert Charytatywny "Wyśpiewajmy Marzenia" organizowany przez Zespół Placówek Szkolno - Wychowawczo - Rewalidacyjnych w Cieszynie. Bilety cegiełki oraz rękodzieło wykonane przez podopiecznych i uczniów tej placówki sprzedawane przed koncertem były przeznaczone na unowocześnienie ich szkoły i sal szkolnych.
Gwiazdą wieczoru był zespół IRA, ale zanim go posłuchaliśmy to obejrzeliśmy fantastyczne przedstawienie "Pięknej i Bestii", w której wystąpili uczniowie, nauczyciele, rodzice i przyjaciele placówki. Takiej dawki emocji i wzruszeń dawno nie przeżyłam, no może oglądając "Piękną i Bestię" w kinie :) Świetna muzyka i teksty, głosy śpiewaków, kolorowe stroje i wystrój sceny to było coś pięknego i niesamowitego, z ogromną przyjemnością chłonęłam to co widziałam i słyszałam.
Po zakończeniu przedstawienia była chwila przerwy na rozstawienie sprzętu na scenie i o godzinie 19:15 przygasły światła, popłynęły pierwsze takty muzyki i na scenie pojawiali się po kolei gitarzyści, perkusista i na samym końcu solista-Artur Gadowski :) Po pierwszej piosence przenieśliśmy się z kuzynem pod scenę i tak do końca koncertu bawiliśmy przy starych i nowych kawałkach. Śpiewaliśmy razem z zespołem, klaskaliśmy, rozmawialiśmy było wszystko to co na koncertach być powinno. Artur ma niesamowity głos, który wykorzystywał w pełni. Koncert tak szybko minął, że oni się obejrzeliśmy, a już wywoływaliśmy zespół na bis :) Zaśpiewali nam jeszcze dwie piosenki i się z nami pożegnali. Takiej dawki emocji było mi trzeba :)
Dziękuję Markowi, że zgodził się ze mną wybrać na koncert, choć do końca nie wiedział czego się spodziewać ;) Jego dziewczyna Hania występowała z uczniami podczas przedstawienia, a później na chwilę dołączyła do nas podczas koncertu i razem z nami się bawiła.
Po zakończeniu przedstawienia była chwila przerwy na rozstawienie sprzętu na scenie i o godzinie 19:15 przygasły światła, popłynęły pierwsze takty muzyki i na scenie pojawiali się po kolei gitarzyści, perkusista i na samym końcu solista-Artur Gadowski :) Po pierwszej piosence przenieśliśmy się z kuzynem pod scenę i tak do końca koncertu bawiliśmy przy starych i nowych kawałkach. Śpiewaliśmy razem z zespołem, klaskaliśmy, rozmawialiśmy było wszystko to co na koncertach być powinno. Artur ma niesamowity głos, który wykorzystywał w pełni. Koncert tak szybko minął, że oni się obejrzeliśmy, a już wywoływaliśmy zespół na bis :) Zaśpiewali nam jeszcze dwie piosenki i się z nami pożegnali. Takiej dawki emocji było mi trzeba :)
Dziękuję Markowi, że zgodził się ze mną wybrać na koncert, choć do końca nie wiedział czego się spodziewać ;) Jego dziewczyna Hania występowała z uczniami podczas przedstawienia, a później na chwilę dołączyła do nas podczas koncertu i razem z nami się bawiła.
piątek, 9 czerwca 2017
"Dzieciak" Kevin Lewis
Długo zabierałam się za tą książkę... Jakoś nie potrafiłam wziąć jej do ręki i przeczytać... Ale jak już wzięłam i zaczęłam czytać to spędziłam dwa wieczory na niesamowitej historii, która wydarzyła się naprawdę w Wielkiej Brytanii.
Ta książka to historia chłopca, którego dzieciństwo nie było miłe i kolorowe. Jego matka go nie kochała, ojciec na swój sposób go lubił, ale nie potrafił mu tego okazać.
Szukał swojego miejsca na ziemi, aż pewnego dnia spotkał dziewczynę Julię, która odmieniła jego życie i właśnie dla niej napisał tą książkę by poznała jego przeszłość, bo nie potrafił się przed nią otworzyć i opowiedzieć o tym...
Książka wywarła na mnie wrażenie i polecam ją każdemu kto chce przeczytać coś innego...
poniedziałek, 5 czerwca 2017
Wajecznica
Mamy taką małą tradycję, że w Zielone Świątki spotykamy się u cioci i wujka w Puńcowie by w rodzinnym gronie usmażyć i zjeść jajecznicę, którą się w ten dzień je.
Tak było i wczoraj. Spotkaliśmy się i pogadaliśmy... Nadrabiałam zaległości z moimi kuzynami, bo pracujemy o różnych porach i nie ma kiedy się spotkać by pogadać i dowiedzieć się co u nich nowego. Wczoraj był na to czas także do woli, żeśmy gadali i śmiali się, jak za starych, dobrych czasów :)
Powspominaliśmy jak to kiedyś się wygłupialiśmy przy okazji takich spędów rodzinnych i jak potem wyglądaliśmy ;)
Czas nam szybko zleciał i ani się obejrzeliśmy, a trzeba było już wracać z powrotem do domu.
Dzień był fantastycznie spędzony. Lubię takie spędy rodzinne :)
Tak było i wczoraj. Spotkaliśmy się i pogadaliśmy... Nadrabiałam zaległości z moimi kuzynami, bo pracujemy o różnych porach i nie ma kiedy się spotkać by pogadać i dowiedzieć się co u nich nowego. Wczoraj był na to czas także do woli, żeśmy gadali i śmiali się, jak za starych, dobrych czasów :)
Powspominaliśmy jak to kiedyś się wygłupialiśmy przy okazji takich spędów rodzinnych i jak potem wyglądaliśmy ;)
Czas nam szybko zleciał i ani się obejrzeliśmy, a trzeba było już wracać z powrotem do domu.
Dzień był fantastycznie spędzony. Lubię takie spędy rodzinne :)
sobota, 3 czerwca 2017
Wielka Czantoria - Soszów - Stożek
Lubię ten szlak, bo jest on zróżnicowany - raz się idzie pod górę, raz w dół, a nawet po równym, jeśli w górach tak to można nazwać :) a po drodze podziwiamy wspaniałe widoki...
Dzień był słoneczny i lekko wietrzny także idealny na górskie wędrówki.
Skróciliśmy sobie z tatą trochę szlak wyjeżdżając kolejką na górę, a potem już wędrowaliśmy, aż na Kubalonkę. Od wyciągu idziemy spacerkiem po kamieniach jakieś 30 minut na szczyt Wielkiej Czantorii, gdzie możemy wejść sobie na wieżę widokową znajdującą się po czeskiej stronie. Przyjmują i złotówki i korony czeskie. Przy dobrej widoczności możemy kawałek Beskidów zobaczyć. Na wieżę nie wchodziliśmy, bo już ją sobie wcześniej zwiedziliśmy. Zrobiliśmy zdjęcie drogowskazu (moje małe "zboczenie") i poszliśmy dalej czerwonym szlakiem.
Po 1,5 godzinnym marszu znaleźliśmy się na Soszowie, gdzie okazało się, że schronisko zmieniło właścicieli i jest dalej otwarte na turystów co bardzo cieszy. Po łyku wody i zjedzeniu batonika udaliśmy się dalej na Stożek, który był naszym celem dzisiejszej wędrówki :)
Ten fragment szlaku jest najbardziej widokowy, ale i też ma konkretne podejście pod sam Stożek...
I to właśnie podejście pokonywaliśmy każdy swoim tempem, bo tak przez cały czas szliśmy obok siebie, ale tutaj tato musiał trochę zwolnić. Idąc przed tatą cały czas spoglądałam na niego czy wszystko jest ok. Na Stożku tradycyjnie dużo ludzi, a to wszystko przez wyciąg, który jest w Wiśle Łabajów. Kiedyś ten szlak był mniej uczęszczany...
Weszliśmy do schroniska i tam zjedliśmy sobie nasze jedzonko i napili się herbatki i piwka ;)
Popakowaliśmy wszystko do plecaków i ruszyliśmy dalej czerwonym szlakiem na Kubalonkę. Poszliśmy czerwonym, bo jest on bardziej widokowy, a że pogoda fantastyczna to, aż żal nie skorzystać z uroków przyrody :) W połowie drogi jest rozwidlenie, które prowadzi na Kubalonkę (czerwony szlak) i do Wisły Głębce (niebieski szlak). Rozwidlenie nas zaskoczyło i to bardzo, bo się okazało, że szlak na Kubalonkę został zmodyfikowany. W pierwszej fazie prowadzi drogą pożarową by po 15 minutach wejść w polanę i dalej w las, aż spotkamy stary szlak, który już prowadzi nas po staremu do celu. W ten sposób obchodzimy gospodarstwo przez które kiedyś się przechodziło, ale widocznie turyści im poniszczyli za bardzo łąki i pola i zakazali chodzenia tamtędy, więc PTTK musiał wytyczyć nowy szlak. Po w sumie 2 godzinach schodzenia znaleźliśmy się na Kubalonce i jeszcze udało się nam zdążyć na autobus do domku :)
Cała nasza wycieczka Cieszyn-Ustroń Polana-Wielka Czantoria-Soszów-Stożek Wielki-Kubalonka-Cieszyn trwała 8 godzin wraz z przejazdami autobusami, a przeszliśmy jakieś 20km.
Było cudnie :) i akumulatory naładowane na kolejny tydzień pracy...
Dzień był słoneczny i lekko wietrzny także idealny na górskie wędrówki.
Skróciliśmy sobie z tatą trochę szlak wyjeżdżając kolejką na górę, a potem już wędrowaliśmy, aż na Kubalonkę. Od wyciągu idziemy spacerkiem po kamieniach jakieś 30 minut na szczyt Wielkiej Czantorii, gdzie możemy wejść sobie na wieżę widokową znajdującą się po czeskiej stronie. Przyjmują i złotówki i korony czeskie. Przy dobrej widoczności możemy kawałek Beskidów zobaczyć. Na wieżę nie wchodziliśmy, bo już ją sobie wcześniej zwiedziliśmy. Zrobiliśmy zdjęcie drogowskazu (moje małe "zboczenie") i poszliśmy dalej czerwonym szlakiem.
Po 1,5 godzinnym marszu znaleźliśmy się na Soszowie, gdzie okazało się, że schronisko zmieniło właścicieli i jest dalej otwarte na turystów co bardzo cieszy. Po łyku wody i zjedzeniu batonika udaliśmy się dalej na Stożek, który był naszym celem dzisiejszej wędrówki :)
Ten fragment szlaku jest najbardziej widokowy, ale i też ma konkretne podejście pod sam Stożek...
I to właśnie podejście pokonywaliśmy każdy swoim tempem, bo tak przez cały czas szliśmy obok siebie, ale tutaj tato musiał trochę zwolnić. Idąc przed tatą cały czas spoglądałam na niego czy wszystko jest ok. Na Stożku tradycyjnie dużo ludzi, a to wszystko przez wyciąg, który jest w Wiśle Łabajów. Kiedyś ten szlak był mniej uczęszczany...
Weszliśmy do schroniska i tam zjedliśmy sobie nasze jedzonko i napili się herbatki i piwka ;)
Popakowaliśmy wszystko do plecaków i ruszyliśmy dalej czerwonym szlakiem na Kubalonkę. Poszliśmy czerwonym, bo jest on bardziej widokowy, a że pogoda fantastyczna to, aż żal nie skorzystać z uroków przyrody :) W połowie drogi jest rozwidlenie, które prowadzi na Kubalonkę (czerwony szlak) i do Wisły Głębce (niebieski szlak). Rozwidlenie nas zaskoczyło i to bardzo, bo się okazało, że szlak na Kubalonkę został zmodyfikowany. W pierwszej fazie prowadzi drogą pożarową by po 15 minutach wejść w polanę i dalej w las, aż spotkamy stary szlak, który już prowadzi nas po staremu do celu. W ten sposób obchodzimy gospodarstwo przez które kiedyś się przechodziło, ale widocznie turyści im poniszczyli za bardzo łąki i pola i zakazali chodzenia tamtędy, więc PTTK musiał wytyczyć nowy szlak. Po w sumie 2 godzinach schodzenia znaleźliśmy się na Kubalonce i jeszcze udało się nam zdążyć na autobus do domku :)
Cała nasza wycieczka Cieszyn-Ustroń Polana-Wielka Czantoria-Soszów-Stożek Wielki-Kubalonka-Cieszyn trwała 8 godzin wraz z przejazdami autobusami, a przeszliśmy jakieś 20km.
Było cudnie :) i akumulatory naładowane na kolejny tydzień pracy...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)









